Woooo!!!!!!! Co to był za piękny weekend, w piątek po treningu pojechałam z Kaśką prosto do Zakopanego, nie mogłam się bardziej stęsknić za górami, jestem już w domu i planuję kolejny szlak :) Tak, w górach jest wszystko co kocham.
Zaczynając od początku, po wniesieniu bagaży do mieszkania poszłyśmy zjeść coś porządnego na Krupówki, które są 15 minut od nas piechotą i tak szukając natrafiłyśmy na "Kalinę". Jedną z lepszych (nie powiem najlepszych bo wszędzie nie jadłam) restauracji z jadłem jakiego mój żołądek jeszcze nie doznał, pierogi ze szpinakiem były przepyszne a do tego wisienka na torcie w taką pogodę - dużo piwa. A i bardzo klimatycznie tam było, górale i góralki w postaci obsługi takie pocieszne i miłe a o 18.30 zaczęła nam przygrywać góralska kapela, nie mogłyśmy piękniej rozpocząć weekendu w Zakopanem.
Później pochodziłyśmy jeszcze chwilę po Krupówkach w celu zakupienia chustek i stwierdziłyśmy, że udamy się do sklepu, a następnie do domu, bo rano czekała na nas nie taka łatwa trasa, a i wstać trzeba było o 7 :)
Tak więc....
.....rozmowy i rozmowy i rozmowy. Wspaniale jest móc mieć z kim porozmawiać i nie są to sprawy typu "a kto co zrobił, kto to powiedział" blablabla :)
Do spania.
A rano, pełne optymizmu, brzuchy po śniadaniu, kawie i lekach (przynajmniej mój, bo choroba nie daje za wygraną) poszłyśmy na autobus i idealnie na niego zdążyłyśmy :)
Do Morskiego Oka. Uf...pogoda była IDEALNA, to i cholernie dużo ludzi było, ale tego się spodziewałyśmy, na szlaku ciągle omijałyśmy te bandy by iść w spokoju i ciszy, tego szukam w górach, więc nie raz musiałyśmy biegnąć po skałach, ale spoko...na odciskach też da się chodzić hahaha :D
Za Wodogrzmotami Mickiewicza. Początek prawdziwego szlaku.
Po drodze spotkałyśmy trochę śniegu... :)
I tak oto doszłyśmy do Siklawy, przy takim upale i nawale ludności bryza jaką dawał ten wodospad była zesłaniem z nieba! Serio :)
No i z niej prosto do Doliny Pięciu Stawów, tam zrobiłyśmy sobie dłuższa przerwę i wrzuciłyśmy coś na ząb :)
Stamtąd miałyśmy iśc w drogę powrotną,czyli do Morskiego Oka i na busa. Oj...przy tej drodze nie jednemu się nóżka powinęła, na szczęście bez żadnych gorszych akcji czy skaleczeń, uf... :) A i stromo było dość, więc jeśli ktoś chciałby się wybrać na Dolinę Pięciu Stawów, to polecam nie wychodzić od Morskiego, lecz od Wodogrzmotów, bardziej polecam a i widok ten sam, wiadome :)
Gdy dotarłyśmy do polany leżałyśmy i odpoczywałyśmy, a raczej po prostu "tam byłyśmy". Nic więcej, to tak dużo... :)
Droga powrotna nie należała do przyjemnych, mimo że to był tylko asfalt. No właśnie, dopóki byłyśmy na szlaku nie było tak źle, a wbrew wszystkiemu zwykła droga była serio najcięższa jaką kiedykolwiek przebyłam hahaha :D
W busie prawie spałam, zrywałam się co chwilę, bo moja głowa była nagle 10 razy cięższa razem z powiekami. Ogarnięte, zasiadłyśmy w fotelach z kolacją i z tego co pamiętam chyba nie schodziłyśmy z nich, nie wiadomo czemu hahahaha :) Pięknie zakończyłyśmy ten dzień, który był magiczny!
Rano poszłyśmy na Krupówki po jakieś pamiątki itp. jeszcze trochę pobyć po prostu, a następnie pełne smutku ruszyłyśmy do domu :(
Na koniec jeszcze chciałabym powiedzieć, że wszystko co najlepsze jest a darmo, mówiąc 8 ziko za 3 książki to też darmocha, do tego jedna jest z 64' roku dedykowana koledze, nie wiem...niektórzy cieszą się z nowego sikora czy coś, ale ja jestem najszczęśliwsza właśnie za te książki :) Katarzyno,dziękuję Ci, że je ujrzałaś! :)







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz